Samotność. Rozwija się powoli i w cieniu, jak rak. Wciska się w zakamarki życia i atakuje wszystkie jego części
po kolei. Aż w końcu nie widać nic poza nią. Wypełnia każdą przestrzeń. Wzrasta. A gdy uzyska właściwy rozmiar,
pali od środka, zabijając to, co dobre i pozytywne.
Mówią, że w dzisiejszych czasach człowiek w wielkim tłumie może czuć się samotny. Zabiegani ludzie, wszyscy
dążący do własnych celów; nie przejdzie im przez myśl by spojrzeć na drugiego człowieka. Wiążą się i rozstają,
plączą swoje ścieżki jak nici; splatają swoje życie by po chwili rozejść się każdy w swoją stronę.
Samotność atakowała mnie powoli. Walczyłam z nią, nie znając jej twarzy i nie doceniając siły. Objęła całe moje
życie jak mroczny koc, uciskający całe ciało, zniewalający. Pochłonęła najpiękniejsze chwile, pozostawiając suche
wspomnienia zraszane łzami. Była tu, kiedy wpatrywałam się cały dzień w ekran, czekając na wiadomość. Była,
kiedy dzwoniąc zamiast jego głosu słyszałam piszczenie przerwanego połączenia. Kryła się w cieniu kiedy kręciłam
się po mieszkaniu, na siłę szukając zadań, czekając aż on wróci do domu. Obejmowała i wciskała w materac kiedy on
leżał po drugiej stronie łóżka, pochrapując. Tłumiła szlochanie i ocierała łzy, aż wycieńczona opadałam w studnię
nocy pełną snów.
Mówią, że ludzie samotni są smutni. Nie pamiętam, kiedy ten smutek przejął mnie w całości. Był bratem samotności,
jej nieodłączną częścią. Wylewał się z moich oczu, wnikał w ciało, zamykał serce za kratami. Wyłapywał okruchy
szczęścia które wymknęły się samotności i ustawiał w szeregu, unosząc broń. Nie pominął ani jednej chwili. Czaił się
w pobliżu, by wyskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie i przejąć to, co jeszcze przed chwilą zdawało się
kolebką radości. Aż stał się częścią mnie.
Czasami się zapominam i pozwalam się ponieść nadziei. Że kiedyś będzie inaczej. Że samotność zniknie, a smutek
rozpłynie się od ilość słonych łez któymi tak często wzbiera. Upadek z tej tratwy wprost w duszący ocean
świadomości jest boleśniejszy z każdym razem.
Mówią, że samotność zabija. Kto? Może ja sama. Kiedy patrzę w te czerwone od płaczu oczy. Kiedy obejmuję
drżące ramiona. Kiedy z całych sił krzyczę “Nie! Nie wolno Ci tak myśleć!” Lustro nie kłamie. Ślady paznokci na
skórze blakną. Zgryzione wargi leczą się. I tylko złamane spojrzenie zdradza jak blisko przepaści jestem.
Nie chcę spaść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz